Gdy baterie idą za tęczowy mostek…

Helooł!

Zaatakowała mnie znienacka jesień, uwięził ciepły koc, przytrzymała zajumana szwagrowi książka, a na dokładkę zmanipulowała gorąca herbata bez cytryny. Gdy tak zaplątana w pledzie i w bardzo niewyjściowym stroju siedziałam na sofie, bateria w aparaciku wydała ostatnie tchnienie. Oooo zły losie! – pomyślałam. Trzeba teraz wygrzebać się z przytulnego ciepełka, wstać i poszukać następnej. Już wstawałam, już żegnałam się z ciepłem, gdy zapaliła mi się w głowie mała żółta żaróweczka… Oh, wait… wcale nic nie trzeba. Zdjęłam więc aparaciki i siedzę sobie dalej w błogiej ciszy. I tak właściwie to są idealne okoliczności, aby z nagła zaniesłyszeć. Siedzisz sobie dalej i robisz to co robiłeś/robiłaś. Oddajesz się nawet grafomaństwu [np. blogowaniu na ZmieńBaterię]. Gorzej, jeśli…

Hi-hi. Jeśli jesteś wśród ludzi. W jakich okolicznościach baterie/akumulatory zrobiły Wam największego psikusa przechodząc na tęczowy mostek? Mnie osobiście przypominają się dwie turbosytuacje:

1. Druga klasa szkoły podstawowej. Na sali gimnastycznej z okazji pierwszego dnia wiosny odgrywamy przedstawienie przed ogromną (jak mi się wtedy wydawało) publiką. Ja w tym spektaklu gram tytułową Wiosnę, mam na sobie idiotyczną kreację w zielone łaty do samej ziemi i jakieś bibułowe ozdoby we włosach. Bardziej wiosennie wyglądałby już krowi placek, naprawdę. (Sorry, mamunia! Tak mnie ubrałaś). Ale wszystko idzie całkiem ładnie, udało mi się nie potknąć o własną kiecę, gdy wychodziliśmy na środek. Wtem! Bateria umiera. Po chwili druga. A ja tymczasem nawet nie zaczęłam mówić swojej kwestii! Na szczęście było to jakieś jedno krótkie zdanie. Tylko, że… nie wiedziałam, kiedy je wypowiedzieć. Bardzo chciałam wystrzelić się daleko w kosmos. Przemieszczać się po orbicie. Wpaść do czarnej dziury. Gadać z kosmitami. Wszystko, zamiast głupio stać i nerwowo obracać głową wokół własnej osi, żeby monitorować, kto kiedy i co powiedział. Gdy już wszystkie oczy patrzyły morderczym, wyczekującym wzrokiem, cichutko powiedziałam co wiedziałam i wróciłam na swoje miejsce. Oczywiście ze smutku potykając się o te parszywe zielone sukmany. Wiosna radosna, kacza twarz.

2. Liceum. Pewnie znów wiosna. Długo zbierałam się na odwagę, żeby podczas długiej przerwy podejść do jednego takiego chłopca i odpowiedzieć na zaproszenie na imprezę wysłane przez niego mailem. A przy okazji kokieteryjnie się uśmiechnąć, oczywiście! Nogi jak z waty, ale twardo nie rezygnuję ze swojego postanowienia. W końcu rozlega się dzwonek na TĘ przerwę. W głowie gra anielski orszak, a ja sama poruszam się w tempie konduktu pogrzebowego. Po drodze mijam kumpelę, która krzyczy: Nie mamy trzech ostatnich lekcji! I dostałaś piątkę z biologii! Takie info z miejsca sprawia, że zaczynam czuć się lekko, plecy się mimowolnie prostują, chód staje się pewniejszy. Na horyzoncie już majaczy postać tegoż chłopca. Zmierzam więc prosto do niego i szykuję sobie w głowie zdanie, które zaraz mu zakomunikuję Wtem! Bateria kaput! Przebieram nogami w miejscu, po czym w tył zwrot i do domu, poprzeklinać na czym świat stoi. Zwolnili nas przecież z trzech ostatnich lekcji [ubiegając pytania: na imprezę w końcu nie poszłam. Ale pogadać pogadałam. Bardzo szybko motyle odleciały z brzucha. Chyba w kosmos, poprzemieszczać się po orbicie. Albo wpadły do czarnej dziury, nie wiem. W każdym razie z chłopcem natomiast koleguję się do dziś].

Teraz w mądrych aparacikach, zanim nastąpi kompletna cisza, dostaję sygnały ostrzegawcze, więc mam trochę więcej czasu, żeby się do tego przygotować. Jakieś pół godziny, może godzinę? Chyba, że akurat jestem w terenie, a zapomniałam baterii. Niestety nie bardzo mam komu podkradać, jak niektórzy [Serdeczne pozdro dla wesołego składu z KMJ Papillon!]

No to piszcie. Obśmiane przez siebie samego kompromitacje nie są kompromitacjami 😀

Reklamy

Frywolne łomoty na Silent Disco

Byłam na Silent Disco.

To nie było zwykłe Silent Disco. To było coś wspaniałego! Całe mrowie Głuchych i Przygłuchych ludzi bawiło się przy łupnięciach zespołu Frywolne Łomoty, grającego na żywo. Te łomoty w połączeniu z niezwykłą, ekstremalnie intensywną grą świateł wprawiały w ruch najbardziej drętwe ciała. Wywijaliśmy jak szaleni!

Ale wiecie, co było najpiękniejsze? Najpiękniejsze były aparaty i implanty, świecące w rytm Frywolnych Łomotów. Niektórzy mieli fluorescencyjne obudowy, a niektórzy specjalne elektroniczne nakładki. Wszystko współgrało ze sobą perfekcyjnie. Obłęd!

Czułam wibracje całą sobą. Podrygi, podskoki, śmiech szczęścia, ach! Byłam tak szczęśliwa, że aż się obudziłam. 😛 Frywolne łomoty odstawiał właśnie mój wibrujący budzik, któremu wyjątkowo nie mam tego za złe.

A może by tak naprawdę zorganizować taką silent-imprezę? I do tego skonstruować świecące, cudne bajery na ustrojstwa słuchowe? Zróbmy to, kurczę!

Kochany czytelniczku/Kochana czytelniczko! Pytanie brzmi: przyszedłbyś/przyszłabyś pogibać?

a. Tak, dawaj na parkiet!
b. W życiu! Ale świecące nakładki biorę.
c. Coooo? Straszne farmazony.

PS. Moja podświadomość pożyczyła sobie nazwę zespołu z zamierzchłej przeszłości. Dawno, dawno temu, w Ogrodzie Saskim w Lublinie przeczytałam zaproszenie na występ kapeli o takiej właśnie nazwie. Urzekająca, prawda?

Lepszy wróbel w garści niż…

Koleżanki i koledzy!

Dawnośmy się tu nie widzieli, prawda? Ale szybciutko to nadrobię dwoma newsami, jedną anegdotą, dwiema zagadkami i jednym pytaniem.

NEWS nr 1.
W świętym mieście Częstochowa, w tutejszym liceum ogólnokształcącym, od września 2018 rusza klasa o profilu pedagogicznym. To nie będzie zwykła klasa. To będzie klasa Z CZYM? Z językiem migowym! Żeby kształcić osoby do pracy z Głuchymi. Chyba miło, nie? Ale żeby nie było tak słodko – w mediach oczywiście używano słowa „głuchoniemi” 😦

Mam nadzieję, że ten obiecywany język migowy to oczywiście PJM.

ZAGADKA nr 1.
Czego najbardziej oprócz węży i włochatych pająków brzydzi się autorka bloga?
.
.
.
.
.
GOŁĘBI.

ZAGADKA nr 2.
Co znajduje się pod maską samochodu autorki bloga?
.
.
.
.
.
MARTWY GOŁĄB.

ANEGDOTA 

Moje szalone auto – Klijeczko – już jakiś czas temu zachorowało. Było u mechanika, gmerano w nim, niby coś naprawiono, ale generalnie rozłożono ręce. Nie zaglądałabym pod maskę samochodu, gdyby nie wspaniałomyślna Koleżanka, która również ma Klijeczko. Powiedziała, że zna pana, który Klijeczka zna jak łyse kolana (albo jakoś tak). Pan jest kolegą jej taty i chętnie pomoże niebożątku z problemami. Miałam tylko zrobić zdjęcia silnikowi i zagadka jego niedysponowania miała zostać rozwikłana. Otworzyłam więc maskę, a tam… martwy gołąb.
Jak to się ma do bycia przygłuchym? Już, już! Mniejsza o to, jak kończy się historia Klijeczka (właściwie jeszcze się nie skończyła, gołąb jak tam tkwił, tak tkwi nadal jak głupi). Ta sama Koleżanka sprzedała mi mianowicie newsa, którego z kolei posiadła od swojego taty, który z kolei rozłożył jej Klijeczko i złożył je z powrotem (i ono działa!), więc jest bardzo mądrym panem. Powoli zbliżamy się do sedna tego wpisu, jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik…

Już!

NEWS nr 2.
W głębokim PRL-u samochody, którymi kierowali przygłusi lub Głusi były specjalnie oznakowane. Księżyc, półokrąg – cokolwiek to było, tego już nie ma.

I teraz sedno tego wpisu, czyli PYTANIE!
Czy ktoś z Was ma zdjęcia takiego oznakowania? Niechaj pokaże!

Przekopałam internet dwa razy i nie dokopałam się.

O szukaniu pracy, jak jest się trochę przygłuchym

Hej robaczki! Wiosna, co? Słońce, śpiew ptaków, pierwsze pąki na drzewach i całe morze świetnie zakonserwowanych psich kup z zeszłego sezonu. Nie dalej jak godzinę temu miałam przyjemność wejść w jedną z nich. Może to „na szczęście”. 😉

Mawiają, że wiosna jest dobrym czasem na szukanie pracy. Ja uważam, że każdy moment jest dobry na szukanie pracy. Bardzo lubię jej szukać, niezależnie od tego, gdzie/czy obecnie pracuję. Nie mam pojęcia, skąd takie hobby. Czy chodzi o rozeznanie w rynku, czy zbieranie nowych doświadczeń, czy może nabieranie wprawy przed „prawdziwą” zmianą zatrudnienia. W każdym razie radośnie rozsyłam swoje CV wraz z natchnionymi listami motywacyjnymi, w których na koniec zachęcam do pisemnego umawiania się ze mną na rozmowy kwalifikacyjne. I co dzieje się dalej? Wersji wydarzeń jest kilka:

a) Nie dzieje się absolutnie nic.
b) Oddzwaniają, prawdopodobnie zapraszając na rozmowę kwalifikacyjną (jeśli już odbiorę, to dopóki nie przyjadę na miejsce, nigdy nie mam pewności, czy to, co zrozumiałam jest tym, co zostało powiedziane przez pracodawcę/rekrutera.).
c) Wysyłają mailem zadanie rekrutacyjne, a gdy odeślę wykonane zadanie, znikają z mojego życia na zawsze. Czasami zanim znikną, wysyłają następne.
d) Wysyłają mailem zadanie rekrutacyjne, a gdy odeślę wykonane zadanie, dzwonią, prawdopodobnie zapraszając na rozmowę.
e) Raz na milion lat, gdy następuje ekstra-rzadka koniunkcja ciał niebieskich w kosmosie, dostaję PISEMNE zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną.

Rozmowa kwalifikacyjna też ma kilka schematów:
a) „Jak to nie może Pani rozmawiać przez telefon? W takim razie nie możemy rozpocząć współpracy. Dziękuję za przybycie.”
b) „Ma Pani ukraińskie korzenie? Nie? Na pewno nie? Bo brzmi Pani jak mój sąsiad z Ukrainy”.
c) „Ojej, tak mi przykro, że Pani niedosłyszy. Moja ciocia też nie dosłyszała, ale pojechała do Kajetan. Była Pani tam już? Powinna Pani pojechać! Mojej cioci pomogli”.
d) „Naprawdę Pani ma głęboką wadę słuchu? A nie wygląda Pani! To my oddzwonimy, dobrze?”
aż wreszcie:
e) „Zrobimy wszystko, żeby komunikacja między nami przebiegała jak najlepiej. Czego będzie Pani potrzebowała?”

Bardzo szkoda, że warianty E zdarzają się od wielkiego dzwonu.
Jakie są Wasze doświadczenia? Przyznajecie się do Waszego niedosłuchu? Prosicie o kontakt pisemny? A może dajecie słuchawkę komuś tej samej płci, żeby Was udawał przed rekruterem? Piszcie, piszcie!

Pozdrawiam ciepło!

 

Refleksje znad odpływu

Moją głowę znikąd zbombardowały właśnie różne wspomnienia. Senny poniedziałek, -11 za oknem, a ja niestrudzenie przez pół godziny przetykałam odpływ z bananem na twarzy. Odpływ się powoli odtykał, a obrazy z przeszłości jak w kalejdoskopie – radośnie przesuwały się przed oczyma duszy 😉  Gdy rezultat odtykania uznałam za satysfakcjonujący, wyprostowałam się i dotarło do mnie, jakie to ja miałam fajne życie i szczęście do ludzi!

Wspomnienie nr 1:

Gorący bałkański wieczór, siedzimy na tarasie z widokiem na cudną okolicę, pijemy wino i nagle – w całej okolicy znika prąd. Myślę sobie – uuu, słabo. Nie widzę twarzy, nie widzę ust, nie pogadamy. Ze smuteczkiem zaczynam się zbierać do spania, bo już nic tutaj po mnie. Ale po raz kolejny okazuje się, że warto komunikować swoje potrzeby. Zakomunikowawszy, nie pożałowałam. Nagle znalazła się latarka. Każdy, kto chciał coś powiedzieć, przejmował latarkę, trzymał ją od dołu niczym mikrofon i oświetlał swoją twarz od dołu. Twarze wyglądały trochę strasznie, trochę groteskowo i prawdopodobnie z tego powodu rozmowy zeszły na dość niesamowity tor. Włączyła się radosna faza i to całkowicie bez prądu. (Dziękuję Wam!)

Wspomnienie nr 2:

Wersja moja: W przerwie szkolenia ustawiam się w kolejce po kawę i ciastko. Jestem skoncentrowana na celu – bez kawy i ciastka grozi mi nagłe uśnięcie. Dochodzę w końcu do stołu, nalewam sobie kawy, nakładam kopiec ciastek i wracam na miejsce, gdzie rozpoczynam pogawędki z uczestnikami szkolenia.

Wersja chłopca, który okazał się moim sąsiadem: Zagajam do dziewczyny w kolejce przede mną. Całkowicie mnie ignoruje. Wyniosła jakaś. Pff, nie to nie. Łaski bez. O, zaraz. Ale w drodze powrotnej ona uśmiecha się miło. To ja już nic nie wiem. Zagaję jeszcze raz. Odpowiada mi! Jest komunikatywna! Podoba jej się szkolenie, ale jest śpiąca. Za jakiś czas znów zagajam. A ona znów mnie ignoruje. Co jest kurcze nie tak? <Żarówka nad głową> Aaaaa… już wieeem. Rozszyfrowałem ją. Trzeba zagajać od frontu 🙂

Wspomnienie nr 3:

Bardzo lubię poznawać nowych ludzi. Miewam nawet momenty, kiedy włącza mi się tryb „gwiazdy”, sama zagaduję do wszystkich, inicjuję zbiorową aktywność i produkuję abstrakcyjne sytuacje. Wtedy jest więcej niż pewne, że padnie pytanie o moje korzenie. I nie ma się co dziwić – niepolski typ urody, akcent jakiś inszy, w dodatku zachowanie niestandardowe – więc obstawia się albo wschodnie rubieże, albo południe Europy, a raz nawet obstawiano USA (oh, guys, really??).
Zazwyczaj od razu się ujawniam i opowiadam o aparacikach. A czasem mówię: Kazachstan. Zawsze jednak po paru minutach nudzi mnie ta rola i obnażam swoje nudne częstochowskie pochodzenie + wadę słuchu.

Ale raz trafiła kosa na kamień i za nic w świecie nie chciano przyjąć prawdziwej wersji. Kazano mi się nie wstydzić „kazachskich” korzeni i stawiano jedzenie i picie, bo Polak i Kazach to przecież dwa bratanki. Protestowałam, mówiłam, że jestem tutejsza – nic z tego. Do dziś chodzą po ziemi ludzie, którzy cieszą się, że wreszcie poznali kogoś zza Uralu. Booosz:)

Kto się podzieli podobnym wspomnieniem, który wywołuje banana na twarzy? 🙂

 

 

Alarm! Sytuacja wyjątkowa!

„Czego głuchy nie dosłyszy – to zmyśli”

Ha! Ileż to wspaniałych anegdot mają moje siostry, znajomi, współlokatorzy, współpracownicy i współbiesiadnicy! Anegdot związanych z tym, że nie dosłyszałam. „Co se schudłem, to se przytyłem”, a co se nie dosłyszałam, to se zmyśliłam. Prawda jest taka, że bardzo często w miejsce niedosłyszanej niewiadomej X z automatu wstawiam sobie cokolwiek. Zazwyczaj jakieś słowo na tyle samo sylab, podobnie brzmiące. Zresztą, kto tak nie robi, niech pierwszy rzuci laptopem.

(Czasami wyobrażam sobie że jestem ekspedientką w sklepie i podaję rozjuszonym klientom produkty o które nie prosili 😀 Takie ćwiczenie duchowe mnie bardzo rozluźnia :p )

A jak byłam mała, oglądałam bajki i filmy z samymi niewiadomymi. Takie ćwiczenie umysłowe bardzo rozwija wyobraźnię.

Dzisiaj mimo wszystko – jeśli chodzi o telewizję – jednak wolałabym mieć wybór: włączyć napisy i dostawać pełne informacje (wartości do równania) lub wyłączyć je i bawić się w historie alternatywne. A wiadomo, życie to nie tylko zabawa.

Większość z Was się już domyśla, do czego zmierzam. Taaak… petycja. Teraz Sejm pracuje nad ustawą dotyczącą radiofonii i telewizji. I właśnie teraz jest ten moment, kiedy możemy wpłynąć na to, żeby Głusi, słabosłyszący i niewidomi/niedowidzący mieli pełny dostęp do informacji. Napisy, tłumacz języka migowego (PJM) i audiodeskrypcja na wyciągnięcie ręki – kurcze, byłoby ekstra! Także bijcie na alarm, jest czas do 2 marca. Chyba 😉 Wiem, to nie rozwiązuje wszystkich problemów tych 4 milionów osób, ale rozwiązuje jeden. A to już coś.

Petycja online dostępna jest tu: https://www.petycjeonline.com/apelujemy_o_100_dostpnoci_telewizji_w_cigu_10_lat

Ja już podpisałam, a Wy?

 

Kłaniam się pięknie!

Siemanko wszystkim, kłaniam się pięknie!
Myślałam, że ten blog będzie sobie umierał śmiercią naturalną przez nikogo nie niepokojony…
A tymczasem dostaję powiadomienia o nowych czytelnikach, nowych polubieniach i niezmiennie – o odwiedzinach znajomych. Oraz średnio raz na 3 tygodnie pytania: kiedy kolejne notki?
Poważnie? Serio? Jest zapotrzebowanie?
Doobra, jest popyt, będzie i podaż.

Szanowni Państwo, zmieniajcie baterie i akumulatory, podkręcajcie głośność, wróciłam! Przynajmniej na chwilę.

Jak się macie? Poznaliście już orkana Marcina? Powyciągał już u Was śmieci ze śmietnika i rozhulał je po dworze? Ja osobiście wyciągnęłam już zimową czapę. Nie, nie ze śmietnika. Z szafy.

No właśnie. Zimowa czapa. Jak ją wybrać, a potem jak nosić, żeby nasze ustrojstwa słuchowe nie piszczały jak fanki Justina Bimbera?
A skoro już piszczą… jak żyć?
A. Nie wychodzić z domu. Zgromadzić zapasy tłuszczu i leżąc pod pierzyną, czekać na powrót ciepłych dni.
B.  Gdy zapiszczą, udawać, że łączycie się z planetą Omega z sąsiedniego układu słonecznego.
C. Zminimalizować ryzyko piszczenia: nie uśmiechać się, nie mówić, nie ruszać głową i ogólnie zachowywać POKER FACE.
D. Wyciąć w czapce otwory na utrojstwa słuchowe i opatentować taki krój. Za miesiąc czapki z otworami będą hitem modowym sezonu.
E. Jest czapka, nie ma słuchania. Uruchomić ustrojstwo dopiero w ciepłym pomieszczeniu.
F. Piszczeć mimo wszystko. Kto nie piszczy ten z policji, hop, hop hop!

Zanim nadejdą…

Hejże hola!
Nadciągają upały. Żeby nie wyjść z wprawy, zamiast się cieszyć, że życie takie piękne, lody takie pyszne, a niebo takie błękitne, wylejmy z siebie trochę goryczy i narzekań. Upały to dobry powód.

Ale serio, upały to dobry powód. Dlaczego wkurwiają Cię upały? Napisz. Zrobimy sobie tutaj gównoburzę. Ja zaczynam:

  1. Bo uszy zatkane aparatami nie wytrzymują takich temperatur. Przegrzanie, otarcia, krew i trwoga – czy tym trzeba odpokutować najcudniejszą porę roku?
  2. Bo jak wchodzę do basenu/morza/jeziora/rzeki, to zostawiam swoje maleństwa same, bez opieki. A jak ktoś ukradnie/nadepnie/zje? Zrelaksuj się tu, człowieku, gdy tam Twoje aparaty walczą o przetrwanie.
  3. Bo wychodzę w pełnym słońcu bez parasola, by potem brać nogi za pas z powodu nagłej, niespodziewanej burzy. Szepczę tylko żarliwie i krzepiąco: trzymajcie się aparaciki, cała naprzód, popylamy!

 

Summer wind

To jest wpis raczej dla dziewczynek. Cześć dziewczyny!
[Tak chłopaki, możecie podsłuchiwać. Oh, wait… przecież i tak nie usłyszycie…]

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, mieszkała przygłucha dziewczynka. Nie bała się chodzić po drzewach, nie piszczała na widok myszek, nie uciekała przed pająkami. Za to najbardziej na świecie bała się wiatru.”Cooo? Jaaak to?” – spytacie. A tak to. Dziewczynka bała się wiatru, bo podwiewał jej włosy. Nie, nie chodziło o to, że psuł jej fryzurę. Chodziło o to, że ją zdemaskuje. Że będzie sobie tak, skubany, wiał, odsłoni jej uszy i wszyscy zobaczą aparaty słuchowe. I że wtedy nastąpi koniec świata.

Koniec świata jakoś nie następował, dziewczynka podrosła, wiatr dalej wieje. Lęk przed nim ustąpił miejsca innym lękom (np. „Gdzie ja znajdę baterie, jak przeżyję Armageddon?” :)) Ale to, czy widać aparaty, czy nie, dziewczynka (taa! stara baba już) ma zwyczajnie w dupie. Choć uważa, że mogłyby być ładniejsze.

To co dziewczyny? Boicie się wiatru? Nosicie włosy rozpuszczone czy spięte? Zasłaniacie aparaty/implanty przed światem?

 

Armageddon

Filmy i seriale przygodowe, katastroficzne czy postapokaliptyczne niepokoją mnie straszliwie. I wcale nie z tych powodów, co myślicie.

Może i trzymają w napięciu, może i wywołują efekt „wow”, ale zawsze myślę sobie:

-Niespodziewany skok z wodospadu? Spoko, ale czy moje aparaty to przeżyją?
-Uratowałam się z Armageddonu jako jedna z 30 osób? Świat wygląda teraz jak jedna wielka kupa popiołu? Spoko, tylko gdzie ja teraz znajdę baterie do aparacików?!
-W wyniku katastrof całkowicie wysiada elektryczność? Luuz, ale jak ja się porozumiem z kimkolwiek po zapadnięciu zmroku?
-Wylądowałam wraz z „Zagubionymi” na dziwnej wyspie? Mój bagaż z zapasem baterii zniknął? No to klops. Przegrałam na starcie w tej nieodgadnionej grze. Bo czy któraś z ocalałych osób umiałaby porozumieć się ze mną w języku migowym? Z kim tu się sprzymierzyć?

I niech mi teraz dr House powie, czy to normalne…